Bywalec Życia

opinia i publicystyka o popkulturze

FORMAT PUBLICYSTYCZNY

TOP 10 SERIALI, KTÓRYM JESTEM NA NIE!






Nie rzucajcie kamieniami, proszę. Bo to
nieprawda, że tak (o ile w ogóle?! ) pokonaliśmy dinozaury! I choć w moim
niesławnym „Top 10 seriali, którym jestem na nie!” znajdziecie swoje ulubione i
w ogóle ukochane produkcje, to właśnie o to w tym wszystkim chodzi! Gdyby te
seriale nie były tak dobre i się tak nie podobały, pewnie by się tutaj nie
znalazły. Prawdą jest, że ile głów – tyle opinii na dany temat… No więc,
zaczynamy od miejsca 10, pogrążając się coraz bardziej! 








 

     To jedyny serial z zestawienia, który oglądnąłem w całości tzn. pierwszy sezon. Potem tych sezonów jeszcze kilka było i nie sądzę, że
wcale lepszych od pierwszej transzy. Umówmy się, pod względem realizacyjnym
są to produkcje na naprawdę wysokim poziomie. Natomiast, fabularnie już
nie do końca. Albo inaczej, fabularnie do mnie nietrafiające. 
Matka zaginionego chłopca po prostu działała mi na
nerwy. I to tak strasznie, że wychodziłem z siebie. Aktorka dobrana do tej roli
była fatalna i tym bardziej dziwi mnie fakt, że to w niej widzowie
upatrują największą gwiazdę „Stranger things”. Aż nie chcę mi
się w to wierzyć! 
Serial w dużym stopniu trzymał w napięciu, toteż
dotrwałem do końca pierwszego sezonu. Postać „Jedenastki” była w
punkt. Niemniej jednak, uczynienie głównego „złola” jakąś mazią i w
sumie nie wiadomo czym, było czymś naprawdę słabym.
Cóż, cała
historia prezentuje się jako typowe, nie najlepsze science-fiction.
 Nie sądzę, że warto poświęcić na ten serial swój czas.   
 
 
 
     Jeśli lubicie „Ojca Mateusza”
lub „Komisarza Alexa”… to polubicie ten serial. Reprezentuje mniej
więcej podobny poziom. Poziom nie najlepszego, telewizyjnego serialu. Poziom
filmów kryminalnych, które kiedyś leciały na Jedynce, bodajże we wtorki
wieczorem.   
Bohater, jakim jest Poirot (podobnie
jak bohater, jakim jest Ojciec Mateusz) siłą rzeczy wzbudza naszą sympatię.
David Suchet w swojej roli jest świetny.
Zastanawiam się tylko, ile razy można
oglądać historię odbitą od jednej i tej samej kliszy, na przestrzeni kilkunastu
odcinków? 
Schemat zawsze jest ten sam,
odcinek za każdym razem rozpisany jest na jednej kalce.
 Zmieniają się tylko ofiary, mordercy i sceneria. 
Ostatnio wyszedł nowy serial ze słynnym
Belgiem – „ABC Murders”. I jak dla mnie jest to kolejna
kontrowersyjna adaptacja książek Christie. Aktor, który został dobrany do roli
Poirota to – moim zdaniem – kompletne nieporozumienie. Domyślam się, że temat sławnego detektywa został
już tak wyeksploatowany, że należało zrobić coś zupełnie innego i nowego… według mnie, niestety wyszło średnio.
 
 
 
 
     Kabaret nigdy nie był i nie zanosi się, aby był jedną z najwyższych form rozrywki. Powiedziałbym nawet, że reprezentuje sobą poziom
całkiem marny. A co dopiero kabaret w formie serialu? Albo raczej w formie filmików na Youtube? 
Już
kiedyś próbowano kabareciarzami zapełnić obsadę serialu. I skończyło się to
przewidywalnie, wielką klapą. Sporo czasu zajęło mi dokopanie się do nazwy tej
produkcji, o której nikt już raczej nie pamięta. Otóż to: „Słodkie
Życie”, emitowane na Jedynce w 2013 roku, zdjęte z anteny po pierwszym sezonie. 
Nie
powiedziałbym jednak, że „Ucho Prezesa” jest tak do końca
beznadziejne, czy było, bo już się skończyło. Jest to satyra i faktycznie można było się nieraz uśmiechnąć.
Mnie
najbardziej drażniła przaśność tej produkcji.
Silenie się na żarty, które tylko wywoływały grymas zażenowania na twarzy. Zupełnie jak w przeciętnie nieśmiesznym skeczu, którymi kiedyś katowała nas TVP, a teraz Polsat. 
 
 
 
 
     Nic głupszego… (po zastanowieniu się) już dawno nie widziałem, i to w znaczeniu jak najbardziej negatywnym. Bardzo mi się ta – chyba jakaś
forma sitcomu – nie podobała, ale czego można spodziewać się po telewizji NBC?
W
tej historii nic nie gra.
Jest zanadto płytka (to słowo klucz opisujące „Dobre Miejsce”), nawet jak na opowieść komediową. Nie śmieszy, choć
teoretycznie ma! Na domiar złego powiela wszystkie możliwe kalki, nie robiąc
tego dobrze. Przedstawia bohaterów zupełnie nam obojętnych. 
I niespecjalnie mam ochotę więcej pisać, bo za bardzo nie ma o czym, niestety!
 
 
 
     Zobaczyłem pół odcinka i wyłączyłem.
Nie mówcie, że zobaczył pół odcinka i teraz wielce krytykuje… choć w sumie tak jest! Większość
seriali, w tym zestawieniu, przestałem oglądać po jednym, dwóch, trzech
odcinkach (wyjątkiem jest Stranger Things). I ja wcale nie twierdzę, że te produkcje są złe, wręcz odwrotnie.
Sam przyznałem, że muszą być dobre, skoro tak się podobają. To nie bierze się
znikąd! Ja tylko zwracam uwagę na to, co sprawiło, że mnie totalnie odrzuciło
od dalszego ich oglądania.  
Breaking Bad pod tym względem jest
rekordzistą, zwykle jestem w stanie dotrwać do końca odcinka, ale nie w tym
przypadku!
Nuda,
nuda, nuda.
Niby
coś się działo, ale w sumie niewiele. Bohaterowie kompletnie dziwni i
niedostępni, aby ich polubić. Cała stylistyka serialu od początku mi nie
pasowała. Środki ekspresji przestrzelone w stosunku do nijakiej historii.
    
 
 
 
     Dawno, dawno temu zobaczyłem pierwszy
odcinek – pilot Grimma. I kompletnie wyleciało mi to z pamięci. Jakiś rok
później, oglądnąłem ponownie ten sam odcinek i dopiero pod koniec odcinka
skojarzyłem, że to już widziałem.
Kolejny rok później, z pełnym
optymizmem wziąłem się za powtórne oglądanie tego serialu, znów nie pamiętając
moich wcześniejszych prób. Jednak coś wydawało mi się nie tak, ale odpaliłem
następny odcinek. I dopiero wtedy wróciła do mnie pamięć.
W połowie drugiego odcinka przerwałem
poznawanie tej historii.
Trzy całkiem obiektywne
próby i trzy porażki.
 
„Grimm”, gdyby
pojawił się w XX wieku, odniósłby pełny sukces, chociaż i tak go odniósł.
Twórcy trochę zaspali i zaserwowali nam serial nie na miarę XXI wieku, a trochę na miarę tych wszystkich „Wojowniczych Księżniczek” XX wieku. Jeśli
oglądam serial to dla głównych bohaterów. Nie obchodzą mnie historię pobocznych
i jednoodcinkowych postaci wypełniających cały odcinek, a fabuła Grimma była
tak zbudowana, że główny bohater był tłem. Ja tego nie kupuję!
     
 
 
 
     „Patetyczno-bombastyczno-patriotyczne”
produkcje TVP… absolutnie nie leżą na moim horyzoncie zainteresowań.
Na ogół trącają kiczem, małym budżetem
i ogólną słabizną. W dodatku z uporem maniaka, Lublin podszywają pod Kraków lub
przedwojenną Warszawę. Dlaczego? Ok, w przypadku przedwojennej Warszawy nie
było tematu.
„Czas Honoru” nie wciągnął mnie w swój
świat, podobnie jak „Wojenne Dziewczyny” czy „Drogi Wolności”. Te kolejne to
słabe kalki tej pierwszej.
Mam wrażenie, że historia Polski zaczyna
się na II Wojnie Światowej i kończy na Powstaniu Warszawskim…. przynajmniej
zdaniem naszych twórców. Czuję przesyt tym okresem historycznym. 
 
 
 
     Po raz pierwszy zobaczyłem ten serial na „angielskim”, w liceum. Anglistka okazała się być maniaczką „Przyjaciół”. W
szkole, nie ma nic nudniejszego niż oglądanie czegokolwiek na telewizorze, a
jednocześnie czego człowiek nie robił, aby nie było prawdziwej lekcji?!
Serial
był dla mnie nieoglądalny.
Męczący dokumentnie. Nie rozumiem jego fenomenu. Nie to, żebym
nie lubił sitcomu, bo umiarkowanie lubię tę formę gatunku telewizyjnego (zresztą
o sitcomie napisałem pierwszy post na Bywalcu), choć trzeba przyznać, że już
nieco archaiczną formę.

Przełamanie, mocnej specyfiki amerykańskiej tego serialu, u mnie
totalnie się nie powiodło. To dziwne, bo kultura amerykańska jest nam bliska, jesteśmy nią przesączeni do cna. 




 
     Nie mogło, w tym zestawieniu, zabraknąć
„Gry o Tron”, i musiała ona zająć wysokie miejsce, ustępując tak naprawdę tylko
jednej produkcji (w gruncie rzeczy podobnej do siebie).
W
Grze o Tron nie znalazłem nic dla siebie, a obejrzałem aż trzy – dłuuuuugie –
nuuuuudne – bezseeeeeensowne odcinki!
Doceniam rozmach
tego serialu. Zrealizowany został genialnie i dla samych kadrów warto było zobaczyć. Zapewne, cała intryga dopiero nabierała kształtów, ale nie dałem rady przejść do czwartego odcinka i śledzić kolejne sezony. 
Bardziej wciągnęła mnie „Korona Królów”… bo korony zobaczyłem aż 5 odcinków. Oczywiście, żartuję! Wstrzymajcie ostrzał kamieniami!   
 
 
 
     Niekwestionowany lider „Top 10 seriali,
którym mówię: nie!”. Serial, który zszedł z estrady w atmosferze – „Ok, musimy to skończyć. Mleko się wylało”! Mówię tu, oczywiście o aferze z Kevinem Spacey.  
Zobaczyłem trzy i pół odcinka, a może trochę więcej, nie pamiętam. Najbardziej rozśmieszył mnie motyw biegania głównej bohaterki po cmentarzu. Gdy starsza babcia zwróciła jej uwagę, że może to nie wypada, ta naburmuszyła się i w sumie nie wiem, co dalej miało z tego wynikać. No Boże Święty! Nie biega się po cmentarzu! Uwaga tej kobiety wywołała jakiś wstrząs w żonie Underwooda. Dlaczego? To był wątek totalnie idiotyczny. Nie rozumiem, co tam się zadziało! Bo skończył się odcinek i już do tego nie powrócono, uprzednio robiąc jakąś dziwną dramę z tą babcią. Może wiecie, o co w tym wszystkim chodziło? Ja zostałem z takim „what?”. 
Ta produkcja i aktorzy, którzy w niej występują wydają się mega beznamiętni. Po aferze ze Spacey może to i dobrze, ale to uniemożliwiło mi wciągnięcie się w akcję. Może dlatego też, że skupiłem się na jakimś dziwnym wątku ze cmentarną babcią, który sobie był i nie doczekał się rozwinięcia. Wiem, że ci bohaterowie tacy właśnie mieli być, ale ta koncepcja mnie nie przekonała. Albo ci konkretni aktorzy mnie nie przekonali do siebie w takiej roli. 
 
 format publicystyczny #6 
 (grafika postu:  © by bywalec życia, grafiki w poście: materiały prasowe)

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *