Post ogryzek 2, o niczym albo jak kto woli o psie przybłędzie

Post ogryzek 2, o niczym albo jak kto woli o psie przybłędzie

Zapewne kojarzycie te filmy, w których bezpańska psina przybłąkuje się do chłopca. I niemal na pstryk zostają swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Dobrze wiedzą, że potrzebują się nawzajem. A Ta chwila to zaledwie początek, ponieważ muszą zawalczyć, aby nikt nie zdołał ich rozdzielić. Przeciwności losu piętrzą się za każdym rogiem, ale przyjaźń w końcu przenosi góry, a wszystko kończy się happy endem, w filmie…

Przytrafiła mi się podobna historia. Podobna tylko w zarysie, bo z zakończeniem zgoła innym. Miałem wtedy może 10 lat, może trochę więcej albo mniej… nieistotne. Na podwórko przypałętał się kundel. Kuśtykał na jedną łapę, był brudny i wygłodniały. Ktoś go wyrzucił, o ile zakładając, że kiedykolwiek miał dom i właściciela. Dałem mu jeść, nadałem imię, a on nie odstępował mnie na krok. Był chodzącą wdzięcznością i radością. Pomyślicie, jak to możliwe? Przecież musiał przejść przez piekło, zanim zjawił się przed moim domem. Nie znałem jego historii, ale wiedziałem iż mnie potrzebuje. Jednak nawet nie było mowy, aby go zatrzymać. Nie rozumiałem i do dzisiaj nie rozumiem, dlaczego?! Mieliśmy dość spory dom z jeszcze większym, zagrodzonym terenem. Kundel był malutki, nie mógł jeść dużo, polubił się z naszym psem Miurzinem. Wtedy obstawiałem, że dorośli myślą inaczej, mądrzej, ale teraz sam jestem dorosły i daleko mi do takiego myślenia, bezdusznego. Serce mi pękało, gdy kundla wygoniono za płot. I najgorsze jest to, że kompletnie nic nie zrobiłem. Nic. Nie wiem, co mogło zrobić dziecko, ale że nic?!… to do dzisiaj nie mieści mi się w głowie.

Szukając sensu, z życia przewijają się różne momenty. Powracają nawet te z odległego dzieciństwa, stając kością w gardle mojego sumienia. Każde złe wydarzenie, złe słowo zamyka mnie w sobie, na zewnątrz tworząc pancerz, który ma na celu nie dopuścić do ponownego ciosu. Wtedy zaczynam widzieć świat tak, jak go opisałem w pierwszym „poście ogryzku”. Nie chcę już używać nomenklatury z poprzedniego wpisu, nie lubię jej. W dalszym ciągu, uważam ją za trafną (na nieszczęście, dobry boże), przynajmniej niekiedy. A niekiedy (na całe szczęście, dobry boże), moja zbroja pęka, gdy przenika przez nią życzliwość.

To powinno tak działać. Dajesz dobro, otrzymujesz dobro. Jednak trudno iść przez świat z sercem wyciągniętym na dłoni, ponieważ prędzej czy później ktoś ci je przebije – ostrym jak brzytwa mieczem. A to boli, serce z reguły ma się jedno, które z zasady jest kruche. Poranione i poprzebijane można posklejać, podleczyć, ale zawsze będzie pamiętało cios, który przez nie przeszedł.

Co śmieszniejsze, z całym prawdopodobieństwem mocną krzywdę sami mu zadajemy, pamiętając tylko złe chwile, nie widząc, a nawet nie chcąc dostrzegać dobra, które jeszcze wokół nas się ostało. Łatwo popaść w przekonanie, że świat i ludzie przenikli do szpiku złem. To wierutna bzdura! Gdy tylko zaczynam myśleć w podobny sposób, zaraz dostaję obuchem dobra w łeb, po którym upadam na ziemię i szlocham, bo moje serce nie jest w stanie przyswoić tak ogromnej ilości serdeczności.

Zastanawia mnie, czemu ktoś zupełnie mi obcy interesuje się, czy coś jadłem. Czy miałem za co kupić choćby chleb. Częstuje mnie swoim obiadem, niczego nie oczekując w zamian. Kiedyś wracając z zagranicy, nieroztropnie zaplanowałem  podróż. Byłem w mieście Stenbergen, z którego autobusem musiałem dostać się do Rotterdamu, z którego z kolei na lotnisko w Eidhoven. Nie miałem karty płatniczej, w kieszeni ostało mi się tylko 10 euro, z czego 2 wydałem na pasztecik w cieście francuskim. Podróżowanie z wielką walizką to udręka, nawet jeśli ma kółka, a co dopiero z dwiema. Od domu na przystanek dzieliło mnie 3 kilometry. Padał deszcz, a ktokolwiek kto kiedykolwiek był w Niderlandach wie, że w krainie wiatraków i marihuany, raz śmierdzi (szczególnie na ulicach Amsterdamu), a dwa wiatraki się tam naprawdę sprawdzają. Mówiąc najzupełniej serio, wiało tak mocno, że nie tylko mnie wywróciło, ale nasypało mi piachem w oczy jak tragicznemu bohaterowi z kiepskiego romansu. Robiąc dwa kroki naprzód, jeden stawiałem do tyłu. Musiałem wyglądać żałośnie, dlatego jakaś Holenderka (a później okazało się, że i całkiem miła) zatrzymała się i zaoferowała podwózkę. Ledwo co wpakowaliśmy jedną i zabłoconą walizkę do bagażnika, a drugą niewiele czystszą na tylne siedzenie, nim wichura trzasnęła nami o beton. Gadaliśmy chyba po niemiecku, trochę na migi, ale z niezłym skutkiem. Podziękowałem i szybko wtarabaniłem się do właśnie nadjeżdżającego autobusu, kierunek Rotterdam. Jak szybko wsiadłem, tak szybko wysiadłem. Kierowca odprawił mnie z kwitkiem, ponieważ nie miałem biletu, a u niego można było płacić wyłącznie kartą płatniczą. Zakląłem na prędko i niczym torpeda (z dwiema ciężkimi kulami u nóg) ruszyłem do centrum miasta Stenbergen, do Albert Heijna (niderlandzkiej „Biedronki”). Z 8 euro w kieszeni musiałem nabyć zakichaną kartę autobusową, ale wiecie co, automat przyjmował płatności tylko niegotówkowe. Oddałem klucze od mieszkania, miałem 8 euro i 2 ciężkie walizki, a co najgorsze jeślibym przegapił następny autobus do Rotterdamu, odjechałby mój bus do Eidhoven, a mój samolot do Krakowa poleciałby beze mnie, a ja zostałbym w Stenbergen, w którym de facto nawet nie przekoczowałbym na dworcu, bo go zwyczajnie tam nie wybudowano. Wiedziałem, że muszę działać! Podchodziłem do przypadkowych ludzi w Albert Heijnie, prosząc aby zapłacili mi za bilet kartą, a ja oddałbym im gotówkę. Słyszałem tylko odmowy i widziałem krzywe spojrzenia. A czas nieubłagalnie uciekał, tik tak, tik tak. Serce mi telepało i czułem niemoc, co jeszcze mogłem zrobić? Aż w pewnym momencie dobiegły do mnie słowa w języku polskim. Podszedłem do tej kobiety, rozmawiała przez telefon. Czasem czuje się takie dziwne rzeczy, jak ja wtedy poczułem, że ona mi pomoże, moja rodaczka. Kupiła mi kartę, kosztowała więcej niż 8 euro, dałem jej wszystkie pieniądze, jakie posiadałem. Oczywiście podziękowałem i już miałem odejść, gdy zwróciła się do mnie: „jeśli chcesz dojechać do Rotterdamu, trzeba doładować kartę”. Pomyślałem, ciekawe za co?! Zamilkłem, odwróciłem wzrok, zrobiło mi się głupio… a ona po prostu wzięła ten bilet i go doładowała, potem odwiozła mnie na przystanek. Po drodze gadaliśmy o jej córce, Holandii, Polsce… Na ostatnią chwilę zdążyłem na Flixbusa z Rotterdamu do Eidhoven. Wysiadłem w centrum Eidhoven, lotnisko było oddalone o 10 kilometrów, nie obyło się bez kolejnych przygód i pomocy kolejnych obcych ludzi (może opowiem o tym w innym poście) i długiego marszu z dwiema walizkami. Wraz z zapadającym zmrokiem, a na pół nocą, szczęśliwie wróciłem do Polski. Przeżyłem koszmarnie męczący dzień, ale przekonałem się na własnej skórze, że ten świat i ludzie go zamieszkujący nie są wcale tacy źli. Choć (kolejny akapit):                                    

życie jest naprawdę dziwne, idąc przez nie, nie da się nie powracać do przeszłości. Nie wspominać ludzi, którzy byli kiedyś nam bliscy, a dzisiaj są już kompletnie obcy. Nie mieć w pamięci, tych którzy umarli, a kiedyś byli dla nas całym światem. Nie obawiać się śmierci, a jednocześnie nakładać maskę uśmiechu na twarz. A tak należałoby żyć i żyje się, tylko czasem wyskakuje błąd, siadasz na podłodze i zastanawiasz się, co tak właściwie liczy się w tej naszej szarej bytności. Powraca w myślach pies przybłęda, któremu nie podarowało się lepszego życia, bo… było się zbyt słabym, żeby jakkolwiek zmienić świat.

Chciałem, żeby „post ogryzek” kontrastował z „postem ogryzkiem 2”. To dwie odległe wizje rzeczywistości, a zarazem tak ponuro kompatybilne ze sobą, które opowiadają o jednym i tym samym świecie. Dobrym i złym. Moralnym i zgnitym. Wartościowym i funta kłaków wartym.    

 

grafika by bywalec życia, grafika bazowa – pixabay, format autorski

Yhm... to może nie być głupi pomysł?!

Aby dołączysz do grona subskrybentów Bywalca Życia. I Otrzymywać powiadomienia o nowych konkursach, wpisach i wielu innych akcjach.

Wyrażam zgodę na przekazanie moich danych osobowych do MailChimp ( więcej informacji )

Trzy żelazne zasady Bywalca Życia. Zero spamu. Bezpieczeństwo adresu e-mail. Możliwość wypisania się z listy subskrybentów w każdej chwili.

Subskrybuj
Powiadom o
guest
3 komentarzy
Najnowsze
Najstarsze Najlepsze
Inline Feedbacks
View all comments
Julia
Julia
1 miesiąc temu

Niestety wszyscy mamy skłonność do lepszego zapamiętywania przykrych zdarzeń. Nie wiem dlaczego, ale bardzo szkoda.

Wędrówki po kuchni
Wędrówki po kuchni
1 miesiąc temu

Świetny wpis. Nie powinno się żyć przeszłością, ale powracać zawsze do niej będziemy